Sport to pasja, o której chcę pisać dniami i nocami...
piątek, 27 września 2013

Nie napiszę, że Bronisław Malinowski swoimi kapitalnymi występami na Igrzyskach Olimpijskich w Montrealu i Moskwie pozostawił jakiś znaczący ślad w moim życiu. To nie jego postać zainspirowała mnie do dzisiejszego pasjonowania się sportem. Chcę przypomnieć jego postać z zupełnie innego powodu. Bronka i mnie łączy jedna rzecz - obaj jesteśmy (w moim przypadku) i byliśmy (w przypadku Bronka) grudziądzanami. Dziś mija 32 rocznica jego tragicznej śmierci.

Kim był Bronisław Malinowski?

Bronisław Malinowski urodził się 4 czerwca 1951 w Nowem (miasto leżące nieopodal Grudziądza). W swoim początkowym etapie szkolnictwa był uczniem dwóch szkół. Najpierw uczęszczał do placówki w Buśni, a następnie edukację kontynuował w Warlubiu. Szkołę średnią zdawał już na grudziądzkiej ziemi. Wpierw jako słuchacz Zespołu Szkół Zawodowych oraz w późniejszym czasie wieczorowego Samochodowego Technikum Mechanicznego.

W trakcie nauki w szkole średniej rozpoczął swoją, jak się później okazało koronną przygodę ze sportem (w klubie GKS "Olimpia" Grudziądz). W 1977 roku został absolwentem Akademii Wychowania Fizycznego w Poznaniu. Tytuł ten uzyskał rok po zdobyciu srebrnego medalu Igrzysk Olimpijskich w Montrealu. Ale o tym za chwilę...

Sportowy Grudziądz biegał razem z Bronkiem

Przygodę z olimpijskimi występami Bronek rozpoczął już w 1972 roku. Na Igrzyskach w Monachium otarł się o medal. W biegu na 3000 metrów z przeszkodami zajął najgorsze dla sportowca - czwarte miejsce. Dwa lata po niemieckiej olimpiadzie zdobył swoje pierwsze, wielkie wyróżnienie - został Mistrzem Europy w Rzymie. Sukces ten powtórzył cztery lata później w czeskiej Pradze.

Na Igrzyska do Montrealu jechał jako cichy faworyt do złota w swojej koronnej dyscyplinie (3000 metrów z przeszkodami). Ostatecznie po finałowej walce zdobył srebro. To był wielki wyczyn człowieka, który pochodził z mojego rodzinnego miasta. Cztery lata później, kiedy znicz olimpijski zapłonął w Moskwie, na Bronka nie było już mocnych. Ten bieg pokazywany jest przy okazji wszystkich uroczystości, które mają na celu upamiętnić tego wielkiego sportowca. Złoty medal i dożywotni wpis do kanonu polskich postaci sportu wyczynowego.

Tragedia nadeszła nieoczekiwanie

27 września 1981 roku - czarna data dla polskiej lekkoatletyki. Grudziądz traci wielkiego człowieka i wybitnego sportowca. Do dziś wśród bardziej wiekowych mieszkańców mojego miasta trwa zagorzała dyskusja o to, czy Bronek był winny tej kolizji, która miała miejsce na grudziądzkim moście. Może tak, może nie. Z perspektywy czasu trudno wracać do tamtej sytuacji.

Piątkowy dzień bieżącego roku był 32 rocznicą jego tragicznej śmierci. W Grudziądzu odbywały się obchody, które miały upamiętnić tego wielkiego sportowca. Do dziś, oglądając ten pamiętny finał z Moskwy przechodzą mnie ciarki po plecach. Ach... gdyby tak działo się to dzisiaj. Może to miasto byłoby inne... lepsze.



czwartek, 26 września 2013

To nie był kolorowy czas. Przez wiele dni walczyłem sam ze sobą i weną, która gdzieś mi uciekła. Na szczęście wróciła i obiecała, że już nigdzie nie ucieknie... przynajmniej w najbliższym okresie mojego życia.

Co dalej? Co z blogiem? Co z Grudziądzką Ligą Piłkarską? Co z pisaniem i gadaniem przed kamerą? Na każde z tych pytań odpowiadam jednogłośnie – wszystko będzie! A nawet więcej? Blogi będą dwa. Oczywiście główne skupienie będzie się pokładało na ten sportowy „Z jedenastu metrów”. Ten drugi ma być bardziej osobisty, taki typowy „Lifestyle”.

Grudziądzka Liga Piłkarska to temat bardzo przewlekły. Bardziej chcę skupić się na tym, co będzie publikowane na stronie. W ostatnim czasie głośno mówiło się, że inni mieli się tym zająć. Niestety, skończyło się na słomianym zapale.

Pisania też będzie i to czasem aż zanadto. Portal Ekstraklasa.net – już na niego zapraszam. Co wtorek (najprawdopodobniej od najbliższego) nowy cykl artykułów, w którym będę przypominał polskich piłkarzy, których kariera różnie się potoczyła lub nadal toczy (poświęcę na to osobny wpis na blogu). Szeroka korespondencja ze świata Olimpii Grudziądz i okolic.

Odnośnie pierwszoligowca z mojego rodzinnego miasta – mam tu małą niespodziankę, które jak na razie nie chciałbym w całości odkrywać. Uchylę jedynie rąbka tajemnicy. Przyjdzie taki czas, że w temacie piłkarzy Olimpii Grudziądz poświęcę nieco więcej stronic. O szczegółach później.

No i na koniec gadanie, czyli Internetowa Telewizja Miejska. Wczoraj miałem nagranie do premierowego odcinka mojego nowego programu, który bezpośrednio będzie związany z tematyką sportu. „1 na 1” to wywiady z grudziądzanami, którzy będą wraz ze mną rozprawiać o stanie naszego lokalnego sportu. Ponadto co środowe podsumowanie wydarzeń sportowych w „Sport Raporcie ITVM”. Już serdecznie zapraszam.

To tyle na ten pierwszy wpis po dłuższym czasie. Na kolejny wystarczy poczekać do jutra. Na „Z jedenastu metrów” na pewno się coś pojawi. O reszcie będę informował na portalach społecznościowych.

Pozdrawiam Serdecznie!



wtorek, 10 września 2013

„Jeśli zagramy na odpowiednim poziomie, to ogramy drużynę z San Marino” - słowa, które podczas wczorajszego wieczoru doprowadziły mnie do śmiechu, a później o mało nie spowodowały emocjonalnego zejścia. Przyznam szczerze, że Waldemar Fornalik jest naprawdę bardzo wymagającym selekcjonerem...

Kurtuazja, którą słychać w niemal każdym przedmeczowym wywiadzie (udzielanym przez selekcjonera) jest niesamowicie dobijająca. Nie wiem czy to przez szacunek do rywali, czy przez postawienie naszej reprezentacji do pionu. Potęgą , a nawet solidnym przeciętniakiem w Europie to my nie jesteśmy, ale przecież do cholery nie powinniśmy obawiać się drużyny, o której sile stanowią studenci czy kelnerzy. Oczywiście nikomu nie odbieram chęci do gry w piłkę. Kelner czy ogrodnik też mogą w krótkich spodenkach biegać po boisku. Jestem ciekawy, co teraz myślą są kibice w San Marino. Polski trener, który ostrzega swoją drużynę przed ich reprezentacją? Oni chyba sami w to nie wierzą...

Nasze orły szans na awans do przyszłorocznego mundialu w Brazylii już praktycznie nie mamy. Wierzą w niego tylko matematyczni analitycy, którzy kilka nocnych godzin po meczu z Czarnogórą próbowali wyliczyć stopień prawdopodobieństwa naszej gry w 2014 roku w kraju kawy. Oto jak prezentuje się wynik – musimy wygrać wszystkie spotkania do końca (w tym te na wyjeździe z Anglikami), liczyć na korzystne rezultaty w innych pojedynkach... Reasumując – nawet te wielmożne obliczenia mogą nie dać nam awansu. Baraż to przecież jeszcze nie udział w mundialu.

Dodatkowych goli na swoje reprezentacyjne konto nie ustrzeli Robert Lewandowski. Niesamowitą szansę powrotu na piedestał dostanie Paweł Brożek, którego za to niezrozumiane wszyscy, jak jeden mąż – objechali w cztery strony świata. Na awaryjną pomoc wezwany został Marcin Robak. Nie wiem nawet, czy dostanie swoją szansę.

Jeszcze kilka stuknięć w klawiaturę odnośnie reprezentacji San Marino. W ataku zagra nieśmiertelny Andy Selva. „Nieśmiertelny”, ponieważ od kiedy widzę tę drużyną, to ten piłkarz zawsze w niej gra. Poza Selvą zagra jeszcze dwóch-trzech zawodowych grajków. Reszta to ludzie, którzy na co dzień trudnią się innym fachem – mniej lub bardziej fizycznym. Czy naprawdę warto szukać kurtuazji i strachu w wypowiedziach przed meczem z ostatnią ekipą rankingu FIFA? Odpowiedź zna tylko Waldemar Fornalik. Miejmy nadzieję, że już wkrótce były selekcjoner polskiej kadry narodowej.



12:58, lpiekarski , Polska
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 września 2013

Oj było gorąco podczas tych ostatnich dni okienka transferowego. Na finiszu swoje operację kadrowe dopinały przede wszystkim kluby z Anglii. Oezil wylądował w Arsenalu, co spotkało się z ogromną krytyką wszystkich hiszpańskich mediów. Fellaini Liverpool zamienił na Manchester i zrobił to w dosłownie ostatnich sekundach tego „Deadline Day”. Najgłośniej było jednak o transferze, który sfinalizował się chwilę wcześniej. Z Anglii na Półwysep Iberyjski powędrował najlepszy piłkarz Wielkiej Brytanii, Gareth Bale. Walijczyk został również najdroższym zawodnikiem w historii.

Nie będzie rozwodzenia nad tym, czy Bale faktycznie sobie na takie miano zasłużył. Dla mnie to wciąż gracz, który znajduję się na niższej półce, aniżeli Cristiano Ronaldo czy Lionel Messi. Angaż w hiszpańskim potentacie wcale nie wynosi go na wyższe sfery. Teraz dla młodego Walijczyka decydujący krok w tej sprawie. Ancelotti umiejętnie zrobił mu miejsce w składzie oddając do Londynu swojego najlepszego asystenta, Mesuta Oezila. Odejście Niemca jest głośno krytykowane przez media, Jose Mourinho, ale również przez niektórych piłkarzy samego Realu. Czy nie jest to aby wymuszona decyzja, której prowodyrem jest przyjście do Madrytu Bale'a?

W tytule zadałem bardzo ironiczne, choć mające swoje uzasadnione znaczenie pytanie. Co łączy Garetha Bale z naszym Grzegorzem Rasiakiem? Obaj przed laty grali w jednym klubie, w Southampton. Razem biegali na boisku, dzielili szatnie, rozmawiali ze sobą. Rasiak sam chwalił się ostatnio w polskich mediach, że kilka jego bramek strzelonych na konto „świętych” wpadło właśnie z podania Bale'a. Gdzie dziś są obaj zawodnicy? Walijczyk ma od kilku dnia najdroższą kartę personalną. Rasiak... no właśnie. Kariera polskiego napastnika na chwilę się zatrzymała. Były piłkarz m.in. Derby County, czy przez chwilę (co również łączy obu panów) Tottenhamu Hotspour obecnie zakotwiczył w II lidze polskiej. Od początku bieżącego sezonu reprezentuje barwy Warty Poznań. W ubiegłych rozgrywkach biegał jeszcze po boiskach T-Mobile Ekstraklasy. Walczył na rzecz Lechii Gdańsk i strzelił dla pomorskiego klubu kilka bramek.

Bale jest reprezentantem Walii, czyli drużyny narodowej, która tylko raz swojej historii uczestniczyła w wielkiej, międzynarodowej imprezie. Było to w 1958 roku podczas mundialu rozgrywanego w Szwecji. Oznacza to, że kreowanie wielkich gwiazd nie zależy wcale od reprezentacji. Walijczycy na przełomie ostatnich lat mieli wielu znaczących graczy na europejskich arenach – Ryan Giggs to absolutna legenda „Czerwonych Diabłów”, Craig Bellamy pozostawił po sobie znaczący ślad w całej Premier League, John Hartson to jedna z ikon Celticu Glasgow, a Gary Speed (już niestety świętej pamięci) był przez wiele lat filarem Newcastle United. Kadra zaś pomimo takich postaci nie potrafi (prócz niedawnych spotkań barażowych) zbliżyć się do mundialu lub euro.

Bale jest w Realu Madryt. Rasiak biega po boiskach drugiej ligi i reprezentuje barwy Warty Poznań. Pytania – który skończył lepiej, nie będę się zadawał (oczywiste powody). Jednak czy obaj zawodnicy, w czasach wspólnej gry dla angielskiego „Southampton” zdawali sobie sprawę, że tak potoczą się ich losy?



08:48, lpiekarski , Świat
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 września 2013

Śniadanie podano do stołu. Zapraszam na drugi odcinek cyklu "Śniadanie na zapleczu". Nie chciałem ponownie pisać o klubie z mojego rodzinnego miasta. Niestety nie wyszło. Znów muszę zahaczyć o tych "biednych" i "ducha winnych" kibiców.

- Gramy przed wrogo nastawioną publicznością - grzmiał na konferencji prasowej trener Olimpii Grudziądz, Tomasz Kafarski. Patrząc na to, co działo się przy okazji spotkań z Bełchatowem, czy tym ostatnim z Termaliką można wyciągnąć wiele argumentów popierających słowa szkoleniowca. Sektor "C" po raz kolejny był opustoszały. Kibice z tamtych rejonów są najpewniej obrażeni na zarząd. Działacze klubu najprawdopodobniej nie zamierzają tej sprawy w ogóle poruszać. Widocznie pseudo doping trybun z prostej jest dla nich odpowiedni. 

Obca i wrogo nastawiona publiczność jest bardzo negatywnym czynnikiem, który nie raz już uniemożliwił wygranie meczu przez miejscową drużynę (nie mam tutaj na myśli wyłącznie Olimpii). Głupie docinki i recepty na niemal każdą sytuację z boiska na pewno nie pomagają, ani nie motywują do lepszej gry. Dopadło mnie wielkie zdziwienie, gdy Gawęcki trafił na remis. "Biało-zieloni" podnieśli się z kolan, ale nie zrobili tego z powodu kibiców. Niby radość trybun z prostej dało się odczuć, ale co z tego... jak chwilę później po sektorze "A" i "B" krążyły dobrze znane teksty typu "Kafar wypierdalaj!" lub "Idź do okulisty pedale!". Może po prostu żona w domu bije i trzeba gdzieś odreagować? Polecam do tego inne miejsca - np. burdel.

Nie dziwię się piłkarzom Olimpii, że wolą grać na wyjazdach. Nawet jeśli w takich Chojnicach czy Stróżach spotkali innych stadionowych ekspertów to na pewno poziomem nie dorównywali tym z Grudziądza. Jeśli nawet było głośno, to nie w ich kierunku. Presja była mniejsza, poziom adrenaliny był słabszy. Przede wszystkim wynik był inny. Olimpia niemal wszystkie swoje punkty zdobyła w spotkaniach na obcym terenie. 

Oczywiście ktoś mógłby teraz powiedzieć, że stosunek kibiców do piłkarzy zmieni się wtedy, jak przyjdą lepsze wyniki. Jasne! Ale co to za wiara w zespół? Z sezonowców słynie przecież zespół z Dortmundu. Dziś odnoszę wrażenie, że kilku z nich spędza sobotnie popołudnie na stadionie przy ul. Piłsudskiego. 

Trenera Kafarskiego powinien martwić jeden fakt. "Biało-zieloni" nie zdobyli jeszcze bramki w pierwszej części meczu. Ale to już temat na inną dyskusję. 

piątek, 30 sierpnia 2013

Zaczynam cykl tekstów, który zatytułowałem „Śniadanie na zapleczu”, czyli co nowego lub starego na boiskach pierwszej ligi. Pierwotne założenie tekstu opiewało, że na blogu będzie publikowany trzy razy w tygodniu. Z braku wolnego czasu postanowiłem wrzucać raz na siedem dni – w środę. Inauguruję w piątek – powód ten sam, co przy redukcji z trzech na jeden wpis.

W ubiegły weekend piłkarze Olimpii Grudziądz rozgrywali jeden z najważniejszych meczy w sezonie. Do mojego rodzinnego miasta przyjechał uznany spadkowicz z Ekstraklasy, który jeszcze kilka sezonów temu rywalizował (bądź co bądź bez powodzenia) w kwalifikacjach do europejskich pucharów. Mowa oczywiście o zespole Kamila Kieresia, GKS Bełchatów. Nie chcę się zbytnio rozwodzić o tym, co działo się na boisku... a działo się przez większy okres spotkania bardzo niewiele. Goście swoje zwycięskie trafienia zanotowali dopiero w doliczonym czasie gry. Z racji mojego ulokowania (wyjątkowo – narożnik trybuny VIP) zainteresowałem się niektórymi kibicami, którzy każde 90 minut na ul. Piłsudskiego spędzają na prostej.

Od pewnego czasu po boiskach, a raczej trybunach naszych rodzimych lig krąży dwuznaczny przymiotnik, który na pierwszy rzut oka wygląda jak rzeczownik. Kibic „Janusz” w swobodnym tłumaczeniu oznacza okazjonalnego sympatyka, którego swego czasu od „pikników” wyzywał Patryk Małecki. Po wsłuchaniu się w słowa wspomnianych „fanów” z prostej doszedłem do wniosku, że pojęcie „Janusz” (z pewną modyfikacją!) przywędrowało również do Grudziądza.

„Fabiniak to cienias, który był czwartym bramkarzem w Pogoni”. „Kafarski! Zmień tego łajzę Smolińskiego”. „Wypierdalaj Kafar! To jest drużyna na Ekstraklasę?! My pójdziemy do drugiej ligi z Tobą!” To tylko niektóre wyrażenia jakie krążyły po głowach kilkunastu starszych panów, którzy zasiedli nieopodal trybuny VIP. Takich i innych tekstów było mnóstwo. Odważę się nawet na stwierdzenie, że wyrastały niczym grzyby po deszczu. Co kontakt z piłką, to coś nowego. „Kłus spierdalaj! Szczot jesteś łajzą! Mazurkiewicz dziwko!” I jak tu oglądać mecz? Przecież było ówcześnie 0:0. Owszem gra gospodarzom jakoś wyraźnie się nie kleiła. To samo można przecież powiedzieć o postawie przyjezdnych. O wszystkim zadecydował dopiero doliczony czas!

Brakowało mi dopingu płynącego z tzw. „młyna”. Nie chcę się specjalnie rozwodzić nad tym, dlaczego zabrakło klubowych przyśpiewek z sektora „C”. Ich sprawa i ich spory z klubem. Pragnę tylko wyrazić swoją obawę, że jeśli wsparcia z tamtych rejonów stadionu nie będzie, to i za chwilę kibiców może zabraknąć. Swoje zażenowanie postawą wspomnianych panów podzielali również inni. Jestem ciekaw, jak komicznie wyglądałby mecz, gdyby na murawę przeciwko bełchatowskiej jedenastce wybiegli wspomniani panowie... Z pewnością byłoby się z czego pośmiać!

Dlaczego dziś nazywam ich „Januszami”? Wolę wyjaśnić, bo co niektórzy wyskoczą zaraz z własną interpretacją tego pojęcia. Gdzieś tam powyżej do słowa „Janusz” dodałem stwierdzenie „zmodyfikowane!”. Jakoś nie potrafię wyobrazić sobie tej grupki z prostej, w trakcie pełnego dopingu na sektorze „C”. Siedzą, smęcą, gadają coś pod nosem (pseudospecjaliści od każdego zagrania) i jak nie idzie to coś pokrzykują. Przerobiony "Janusz" w pełnej okrasie.

Jutro kolejny mecz Olimpii Grudziądz przed własną publicznością. Tym razem nie mam zamiaru siadać tam gdzie przed tygodniem. Sam jestem ciekawy, czy po takiej porażce wspomniani panowie przyjdą na mecz ze słabą w tym sezonie Termaliką Nieciecza. Jeśli najdzie ich domowa nuda, to z pewnością się pojawią.



piątek, 23 sierpnia 2013

Grudziądz – miasto, w którym od kilku lat bardzo pobożnie stawia się na sport. Dobre wyniki piłkarskiej sekcji Olimpii Grudziądz, umiarkowana ale niezwykle emocjonująca postawa od kilku lat żużlowców GKM Grudziądz i pojedyncze (znaczące!) sukcesy w innych dyscyplinach owocującą znaczącym wzrostem popularności w tej kategorii społecznej. Gdzieś w tle tych wszystkich wyróżnień i gratyfikacji znajduje się jeszcze jedna, godna uwagi organizacja, która póki co jest na etapie osiągania wielkiego sukcesu – Grudziądzka Liga Piłkarska.

O projekcie amatorskiej ligi dowiedziałem się mieszkając i studiując w Toruniu (to było kilka miesięcy poza światem mediów i dziennikarstwa). Z dalszej odległości wydawało mi się to jednorazowym strzałem młodych ludzi, którzy zapatrzyli się po Mistrzostwach Europy w najlepszych piłkarzy globu. Dodatkiem do smaku były z pewnością bardzo dobre występy Olimpii w Pucharze Polski (biało-zieloni za burtę wysadzili ówcześnie Lecha Poznań i Pogoń Szczecin). Gdy na przełomie 2012 i 2013 postanowiłem zakończyć swoją edukację wyższą na ziemi Mikołaja Kopernika, poszedłem na jeden z meczy GLP. Było zimno. Każda upływającą minuta stania za linią boczną i przyglądania się, jak młodzi ludzie biegają i ustawiają się na boisku była zarówno cierpieniem i radością. Poziomu za wysokiego może i ówcześnie nie zaobserwowałem (wynik 20:0 mówi sam za siebie), to jednak po takim pojedynku nabrałem ochoty, by na GLP wybrać się ponownie.

Kilka tygodni później, pracując już na normalnych warunkach w mediach, zainteresowałem się organizacją ligi. Przeprowadziłem wywiad i po dłuższych perturbacjach, związanych z ludźmi, którzy w ówczesnym czasie byli moimi zwierzchnikami udało się go opublikować (link zostawiam poniżej). Jeszcze większym zaskoczeniem było zaproszenie mnie w późniejszym czasie do bardziej aktywnego udziału w życiu ligi.

Czym jest Grudziądzka Liga Piłkarska? To pasja, zaangażowanie, futbol i nauka w jednym. Pasja przed duże „P”. Zawodnicy nie grają za lub dla pieniędzy. Często porzucają swoje codzienne zajęcia, by pojawić się na meczu. Zaangażowanie – u jednych występuje w większym stopniu. U drugich w nieco mniejszym. W tym przypadku należy odróżnić kreatywnych i pełnych zapału od zwykłych „hejterów”, których na grudziądzkich ulicach co niemiara (temat na inną dyskusję). Przed każdym spotkaniem organizatorów ligi na portalach społecznościowych pada mnóstwo pomysłów. Wiele z nich zazwyczaj uzyskuje akceptację i w późniejszym etapie wchodzi w życie. Futbol – w całej lidze chodzi przede wszystkim o dobrą zabawę. Granie w piłkę to przecież kapitalne zajęcie i sposób na spędzenie wolnego czasu. Przed kilkoma tygodniami na jednym z wywiadów usłyszałem z ust prezydenta miasta, Roberta Malinowskiego stwierdzenie – jestem niezwykle zaskoczony, że wszystkie nasze orliki są ciągle zajęte.- Wiele w tym uznania dla organizacji, jaką jest Grudziądzka Liga Piłkarska. Nauka – każdy z nas jest się w stanie przy pomocy GLP dowiedzieć czegoś nowego. Uczestnicy zabawy sami załatwiają boisko do grania, organizują skład i ustalają dogodny dla wszystkich termin. W odpowiednio przygotowanym czasie przeprowadzają również transfery i omawiają taktykę.

Obecnie GLP jest na etapie rozgrywania drugiej edycji. W tym niezwykłym przedsięwzięciu biorą również udział dziewczyny. Wszystko dzięki założonej w tym roku przy klubie Olimpia żeńskiej sekcji piłki nożnej. „Green Girls”, bo tak swoją drużynę nazwały przedstawicielki płci pięknej grają z meczu na mecz coraz lepiej i strzelają mnóstwo bramek.

Drużyna Green Girls w całej okazałości

Nie ma sędziów. W przypadku opadów śniegu, zainteresowane drużyny same dbają o przygotowanie boiska do gry. O zasadach „fair play” można w tym przypadku mówić bez końca. Oczywiście nic nie jest tylko piękne, fajne i kolorowe. Nie brakuje sytuacji spornych, skarg na poszczególnych zawodników lub konkretne zespoły. Mimo to, liga istnieje i ma się dobrze, a miejscami nawet i doskonale. Obecnie w GLP występuje blisko 40 ekip. Chodzą jednak głosy, że w trzecim sezonie ma być ich jeszcze więcej.

Futbol jest dla nich pasją, czyli GLP - Grudziądzka Liga Piłkarska





09:08, lpiekarski , Grudziądz
Link Komentarze (1) »
środa, 24 lipca 2013

Kilka dni nieobecności na blogu, a tu tyle się dzieje. Wśród najgorętszych tematów ostatnich dni najchętniej czytany przeze mnie to ten, który dotyczy nowego szkoleniowca Barcelony. Gerardo Martino jest człowiekiem, którego piłkarska część Katalonii kompletnie nie zna. Po ostatniej decyzji władz "Blaugrany" światło dzienne ujrzał fakt, że jest on również postacią anonimową dla większość futbolowej europy.

Czy Martino został trenerem Barcelony dzięki aprobacie Leo Messiego? Być może jest w tym jakieś ziarenko prawdy. Co z tego? Messi to absolutny lider zespołu. W ubiegłym sezonie dobitnie przekonaliśmy się, że katalońska jedenastka bez Argentyńczyka jest niczym ryba bez wody - nie może funkcjonować. Nic dziwnego, że jego zdanie ma dość sporą wartość u klubowych działaczy i pozostałych kolegów z boiska.

Z postacią Gerardo "Taty" Martino spotkałem się pierwszy raz podczas mundialu w RPA (2010 rok). To właśnie wtedy wraz z reprezentacją Paragwaju doszedł do ćwierćfinału turnieju (minimalna porażka z późniejszym zwycięzcą turnieju - Hiszpanią 0:1). Przed objęciem kadry "Guarani" pracował jeszcze w kilku mniejszych lub większych klubach z Ameryki Południowej - oczywiście mowa o ligach w Argentynie i w późniejszym czasie tej w Paragwaju. Wartym uznania jest również fakt, że w 2007 roku zdobył nagrodę dla trenera roku w Ameryce Południowej.

Dziś jest szkoleniowcem Barcelony. Wielu piłkarskich ekspertów uznaje go za ucznia Marcelo Bielsy, który w pierwszych godzinach po rezygnacji Tito Vilanovy był głównym kandydatem do objęcia ławki trenerskiej Barcy. Tak się na szczęście nie stało. Dlaczego na szczęście? Barcelona potrzebuje nowej filozofii. Ta obecna, choć wiele razy przynosiła skutek jest coraz częściej rozgryzana i kopiowana. Szatnia, w której nie działo się ostatnio najlepiej potrzebuje zastrzyku i motywacji. Martino z pewnością takim składnikiem jest, choć wiadomo... Jestem daleki od osądów, ponieważ i tak wszystko zweryfikuje boisko. 

Czy Martino poradzi sobie z Messim i Neymarem na boisku. W końcu to dwaj wielcy piłkarze, którym za chwilę przyjdzie razem występować na boisku. W przedsezonowych wypowiedziach obaj zapewniają, że wszystko będzie w jak najlepszych porządku. I tutaj pojawiają się moje pewne obawy. Czy "El tata" w ciągu tych kilku tygodni zdąży poznać odpowiednio zespół? Pomiędzy Messim i Neymarem będzie musiała występować pewnego rodzaju chemia... Jeśli jej zabraknie, to z pewnością zabraknie również wyników.

Jeszcze kilka słów odnośnie afery związanej z meczem towarzyskim pomiędzy Barceloną i Lechią Gdańsk na PGE Arenie. Tutaj z chęcią odsyłam do tekstu Przemysława Rudzkiego na "Ósmy Dzień Tygodnia". Nawet kataloński klub jest nas w stanie podzielić! Dokąd zmierzasz Polsko? Dokąd... 

piątek, 19 lipca 2013

Historia polskich drużyn w eliminacjach do Ligi Mistrzów po 1996 roku jest jak koszmar minionego lata - zawsze wraca. Tym razem - jak zapierają się działacze Legii Warszawa ma być zupełnie inaczej. "Wojskowi" ściągnęli sobie kilku wartościowych zawodników, którzy w minioną środę zmierzyli się z walijskim autobusem.

Przyznam szczerze - w pierwszej połowie nie było czego oglądać. Odnosiłem wrażenie, że stołeczni próbują rywala zabiegać. Walijczycy z kolei zamiast zmęczenia, czuli się co raz lepiej. Udowodnili to już w 11 minucie. 1:0 i narastający strach oraz zażenowanie piłkarskich obserwatorów z Polski. Twitter i Facebook w przeciągu kilkunastu sekund wygenerował mnóstwo postów o tym, jaka to Legia słaba i jak bardzo jest nie przygotowana do starć na międzynarodowej arenie. Gdy kilkanaście minut później, Walijczycy raz po raz bombardowali bramkę Dusana Kuciaka - byłem niemal pewien, że po meczu będzie jeszcze goręcej. Gwizdek! Koniec pierwszej połowy i przerwa. Jan Urban ma kwadrans, żeby odmienić losy spotkania i obudzić biało-czerwonych kibiców, którzy jak jeden mąż, na te 90 minut porzucali swoje klubowe sympatie i dopingowali "polską" drużynę w walce o niemożliwe, czyli o awans do Ligi Mistrzów.

Piłkarze wybiegają na murawę. Przed legionistami decydujące 45 minut. W ich głowach przewija się myśl - jak przegramy to nas zjedzą. Stres w mięśniach u nie jednego piłkarza Legii był jeszcze większy niż przed pierwszym gwizdkiem. Trener Urban robi roszady. Zdejmuje z boiska Miroslava Radovicia oraz i tu wielkie zadziwienie z mojej strony - Helio Pinto. Na boisku meldują się Dominik Furman i Michał Kucharczyk. Absolutnym strzałem w "dziesiątkę" jest ten drugi. Wchodzi i od razu strzela bramkę! Ależ nos trenerski Jana Urbana! Chwilę później Kucharczyk prezentuje spore umiejętności wyrzucania piłki z autu... GOL! Saganowski na 2:1. Wstydu nie będzie? Dzieła dokończył młody Kosecki, któremu na przekroju całego spotkania bardzo zależało na tym trafieniu. 3:1 na wyjeździe to wynik dobry, choć po pierwszej połowie perspektywa powrotu legionistów do kraju nie wyglądała zbyt kolorowo.

Legia podczas tegorocznego sezonu "ogórkowego" dokonała wielu bardzo ciekawych wzmocnień. Największe nadzieje budziło i wciąż budzi się z przyjściem na Łazienkowską portugalskiego pomocnika, Helio Pinto. Były gracz Apoelu Nikozja w środowy wieczór spotkał się oko w oko z walisjkim autobusem i niestety w efekcie wiele razy odbijał się od przedniej maski. Występ na minus, co zresztą potwierdził trener Urban, zdejmując wspomnianego piłkarza już w przerwie meczu. Spory kredyt zaufania otrzymał również Dossa Junior. Jego gra skupiała się przede wszystkim na wygrywaniu pojedynków w powietrzu. Jeśli chodzi o granie po ziemi, a w szczególności o wyprowadzenie piłki z własnej połowy - to jednym słowem podsumuje - słabiutko.

Upływające sekundy w końcowej fazie środowego meczu przypomniały mi inny pojedynek Legii. Mowa o zimowym starciu w Pucharze Polski, gdy do Warszawy przyjechała Olimpia Grudziądz. Ówcześnie po pierwszych 45 minutach również wszystko wskazywało na wielką wpadkę "Wojskowych". Po przerwie losy meczu odmieniły się jak po dotknięciu zaczarowanej różdżki. Dokładnie tak samo, jak w starciu z walijskim autobusem, który w pierwszej części gry pomimo iż stawiał na masową defensywę, potrafił kapitalnie przyspieszyć.

09:12, lpiekarski , Polska
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 lipca 2013

Przyznam szczerze, że to było coś niespotykanego na normalnych meczach piłkarskich. Chyba pierwszy raz w życiu widziałem sytuację, w której piłkarz wchodzi wraz z drużyną na boisko, wita się z kolegami... a następnie z niego schodzi i zupełnie znika. Na początku poza zdziwieniem nic innego w głowie się nie rodziło. Dziś wiadomo, że to zupełnie inna, znacznie dłuższa historia.

Rano. 7.30 wyjazd na mecz. Jedziemy przyglądać się i ocenić formę piłkarzy Olimpii Grudziądz przed zbliżającą się inauguracją rozgrywek ligowym na zapleczu Ekstraklasy. Przeciwnik dobry. Z najwyższej, drugoligowej półki - Warta Poznań, z najwyższym napastnikiem na boisku - Grzegorzem Rasiakiem. Na miejscu przeszkody. Brak prądu, bezprzewodowego internetu. Dodatkowo trybuny, które czułem, że w każdej chwili mogą się zawalić. To wszystko nic. Czekamy na pierwszy gwizdek sędziego.

Już są! Na poznańską murawę wybiegają dwie "jedenastki". Ta grudziądzka zdaje się być najsilniejszą, jaką obecnie dysponuje trener Kafarski. W Warcie prym wiedzie oczywiście "kopacz", który sporą część swojej futbolowej przygody spędził na Wyspach Brytyjskich. "Rasialdo" jak pieszczotliwie nazwała go lokalna dziennikarka, która zajęła dwa miejsca obok ma być wielkim wzmocnieniem spadkowicza, który w przeciągu jednego sezonu będzie chciał powrócić na zaplecze najważniejszych rozgrywek piłkarskich w naszym kraju. Pierwszy gwizdek i ruszyli. Rasiak dominuje wzrostem. Wygrywa wszystkie pojedynki w powietrzu. Z piłką po ziemi na razie radzi sobie różnie. Gol! Olimpia prowadzi 1:0. Po chwili z radości pozostają jedynie wspomnienia - Rasiak wyrównuje, co niezwykle cieszy miejscową publiczność. 2:1 i 2:2 - Grzesiu znów doprowadza do remisu. Kibice Warty są wniebowzięci!

Nadszedł czas na przerwę. Kwadrans mija niezwykle szybko. Najpierw na murawę wybiegają gospodarze. Lokalni reporterzy siedzący po mojej prawicy zaciekle dyskutują o szansach Lecha Poznań w starciu z fińską Honką. Mijają sekundy i na boisku pojawiają się grudziądzanie. Trener Kafarski wymienił wszystkich. Ja osobiście czekałem na występ nowej gwiazdy - Macieja Kowalczyk. Doświadczony snajper został przecież królem strzelców pierwszej ligi! "Kowal" wchodzi, poprawia spodenki. Wraz z Dariuszem Kłusem podchodzi do Michała Golińskiego. Krótka rozmowa... Przy linii bocznej pojawia się młody Strzelczyk. Zmiana? Już teraz?! Przecież arbiter nawet nie dotknął swojego gwizdka! Tak! Zmiana! Kowalczyk szybko opuszcza boisko i... znika. Więcej już byłego napastnika m.in. Lechii Gdańsk nie widziałem. Podzielają to inni obserwatorzy tego środowego sparingu. Co dalej? Pomeczowe rozmowy z zawodnikami i trenerem. Nikt nic nie wie, czy może to tylko udawanie?

Godzinę po meczu wsiadamy do samochodu i jedziemy. SMS - Co się dzieje w Poznaniu? Kowalczyk aresztowany? Osłupienie i szok. Natychmiast w internecie mnożą się różnego rodzaju nowinki. Po chwili przychodzi potwierdzenie z klubu. To prawda! Nie znamy przyczyn tego zatrzymania lub aresztowania - nie potrzebne skreślić. Nie wierzę. Nikt niczego nie zauważył. Zatrzymujemy się na stacji. Zaczynają urywać się telefony. Przychodzą nowe informacje. Piłkarza zatrzymało Centralne Biuro Śledcze na wniosek prokuratora w Krakowie. Afera związana z piłką? Przecież klub jeszcze kilka minut absolutnie zaprzeczał! Pojawia się kolejny sms. "Zarzuty brzmią następująco: udział w grupie przestępczej, która zajmuje się handlem narkotykami". Masakra! Jeśli sprawa zostanie potwierdzona... aż strach myśleć. Wszystkie portale sportowe, które dotąd nie specjalnie interesowały się Olimpią Grudziądz piszą i robią to na gorąco! Wszędzie pełno Olimpii! Niby ruch medialny kapitalny, tylko szkoda, że w takim a nie innym świetle.

Na portalu klubowym pojawia się oficjalna informacja. Co dalej? Czy to koniec kariery dla najlepszego strzelca pierwszej ligi z ubiegłego sezonu? Z ogromną niecierpliwością czekamy na rozwiązanie sprawy!


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12

Szukaj mnie na facebooku!

Przed kilkoma laty aktywnie uprawiałem sport. Dalszą grę w piłkę nożną uniemożliwiła mi kontuzja. Sportowa pasja nie minęła! Dziś, za pomocą liter, wyrazów i zdań przedstawiam tę pasję z innej strony.

Napisz do mnie piekarski.lukasz@o2.pl

~ Chętnie czytam ~

Blog Michała Pola
Blog Michała Kiedrowskiego
Blog Rafała Steca
Blog Dariusza Wołowskiego
Blog Romana Kołtonia
Blog Stefana Szczepłka
Blog Przemysława Rudzkiego
Blog Pawła Czado
Blog Marcina Rosłonia
Blog Piotra Labogi
Blog Rafała Nahornego

Mój świat bez sportu

Blog Osobisty